Relacje z biegów, w których wzięliśmy udział
RSS
wtorek, 07 kwietnia 2015

Zapraszam wszystkich na nową stronę internetową naszego klubu:

http://pedzacezolwie.blogspot.com/

19:06, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 sierpnia 2014

12 lipca 2014 roku odbyła się trzecia edycja biegu Morskie Oko. Niech was jednak nie zmyli ta nazwa. Bieg ten nie ma nic wspólnego ze słynnym jeziorem usytuowanym w samym centrum Tatr, a jego nazwa pochodzi od warszawskiego ciekawie położonego parku o tajemniczej nazwie Morskie Oko.  Od trzech lat w połowie lipca w miejscu tym organizowany jest sympatyczny bieg na 5 kilometrów. Tak się składa, że w imprezie tej startuję już od pierwszej edycji i muszę otwarcie przyznać, że jest to chyba jeden z najciekawszych biegów na 5 kilometrów rozgrywanych w Warszawie. Na dodatek rozgrywany jest w terminie, w którym wybór imprez biegowych jest mocno ograniczony. Stąd też bieg ten zdobył stałą pozycję w moim kalendarzu startów.

Jednym z atutów tej imprezy jest możliwość wcześniejszego odbioru pakietu startowego. Najciekawsze jest jednak to, że co roku odbywa się to w innym miejscu. Nie wiem z czego to wynika, ale muszę tutaj podkreślić, że naprawdę warto zainteresować się wcześniejszym odbiorem pakietu, ponieważ jak pokazały poprzednie edycje (szczególnie ta pierwsza) podczas odbioru pakietów startowych przed samym biegiem tworzyły się straszne kolejki i robiło się często dość nerwowo. Podczas pierwszej edycji cała procedura odbywała się tak ślamazarnie, że znacznie opóźnił się start biegu. Jednak muszę uczciwie przyznać, że w tym roku chyba nie było aż takich problemów. Kolejki były mniejsze i wszyscy zainteresowani odebrali swoje pakiety przed wyznaczoną godziną startu. Inna sprawa, że do biegu zapisało się dużo mniej zawodników niż przypuszczano. Mimo tego, że organizator wprowadził limit 700 uczestników, na starcie stawiło się jedynie 365 osób. To znacznie mniej niż w dwóch poprzednich edycjach. Jest to o tyle zaskakujące, że w większości imprez biegowych z roku na rok możemy zaobserwować znaczny wzrost frekwencji. Ten bieg jest jednak wyjątkiem. Być może powodem tego jest wyjątkowo gorący i słoneczny lipiec. Taka pogoda wbrew pozorom wcale nie jest korzystna do uprawiania biegania.

Wróćmy jednak do samego biegu. Pakiet startowy był dość skromny. W jego skład wszedł numer startowy, chip do pomiaru czasu, agrafki oraz jakieś materiały promocyjne. Dodatkowo wszyscy zainteresowani mogli także zamówić specjalną okolicznościową koszulkę techniczną. W takim przypadku trzeba jednak było zapłacić za pakiet 21zł więcej. Pędzące Żółwie zrezygnowały jednak z tej opcji.  

Bieg wystartował o 12:00. Pogoda jak na tegoroczny gorący lipiec była całkiem znośna. Było dość chłodno, a słońce nie było specjalnie uciążliwe. Na zawodników czekały dwa 2,5 kilometrowe okrążenia wokół warszawskiego parku Morskie Oko. Na każdym z nich dość mocny podbieg, który dał w kość nawet najbardziej wytrawnym biegaczom oraz bardzo ostry zbieg. Te dwa elementy powodują, że bieg ten jest bardzo interesujący. Trasa jest dość wąska i pofałdowana, a nawierzchnia urozmaicona. Stąd też bardzo lubię ten bieg, ponieważ dzięki temu wymaga od biegaczy dość dobrego przygotowania i rozsądnego rozłożenia sił. Jeżeli za ostro pobiegniemy pierwsze okrążenie, możemy być pewni, że na kolejnej pętli ten długi i mocny podbieg stanie się dla nas bardzo ciężkim wyzwaniem. W poprzednich dwóch edycjach popełniłem właśnie taki błąd. Za mocno biegałem pierwsze okrążenie, a na drugim, na podbiegu strasznie traciłem tempo i przez to czas kolejnego okrążenia był znacznie gorszy. W tym roku udało mi się rozsądniej rozłożyć siły i obydwa okrążenia przebiegłem w zbliżonym czasie co summa summarum dało mi lepszy wynik końcowy niż w poprzednich edycjach.  Po zakończeniu biegu na wszystkich uczestników czekał bardzo piękny medal oraz woda mineralna. Dodatkowo rozdawano chyba także jakieś owoce, ale akurat tego nie jestem pewien, ponieważ nie byliśmy specjalnie głodni i ominęliśmy to stoisko.

Reasumując, bieg Morskie Oko po raz kolejny pokazał, że mimo krótkiego dystansu 5 kilometrów nie jest wcale taki lekki i przyjemny. Jeżeli chcemy go przebiec w optymalnym tempie wymaga naprawdę dobrego przygotowania i taktyki, ponieważ te niby proste podbiegi potrafią nieźle dać w kość. Ja, jak co roku, naprawdę dobrze bawiłem się na tym biegu i mam nadzieję, że mimo znacznie mniejszego zainteresowania niż w przypadku dwóch poprzednich edycji organizatorzy nie zrezygnują z  organizacji tej imprezy.  Byłaby to bardzo duża strata, ponieważ w lipcu i tak wybór imprez biegowych jest stosunkowo niewielki i każdy taki ciekawy bieg jest na wagę złota.

17:55, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 sierpnia 2014

6 lipca 2014 roku odbył się sympatyczny i kameralny III Bieg Uliczny o Puchar Wójta Gminy Goworowo. Bieg odbył się w Goworowie, niewielkiej miejscowości znajdującej się koło Ostrołęki. Był to bieg na dystansie 10 kilometrów, w którym udział był całkowicie darmowy. Można  było się na niego zapisać wcześniej poprzez formularz internetowy lub w dniu startu w biurze zawodów. Bieg ten był jedną z głównych atrakcji specjalnego festynu, który co roku organizowany jest w Goworowie. Dzięki temu osoby towarzyszące biegaczom miały wiele dodatkowych atrakcji  - występy zespołów na specjalnie zbudowanej scenie, masę straganów z różnymi smakołykami, a nawet malutkie wesołe miasteczko dla dzieci. Przejdźmy już jednak do samego biegu.

Pakiet startowy był bardzo prosty i konkretny. Każdy zawodnik otrzymał jedynie numer z wbudowanym chipem. Weryfikacja zawodników odbywała się bardzo sprawnie. Bieg główny został poprzedzony biegami na krótszych dystansach, w których wzięły udział dzieci z pobliskiej szkoły. Wszystko przebiegało bardzo sprawnie i o 13:30 powoli zaczęliśmy ustawiać się do startu biegu na 10 kilometrów. Pogoda była niezwykle gorąca. Pełne słońce, brak wiatru i temperatura w granicach 30 stopni Celsjusza to z pewnością warunki dalekie od ideału jeśli chodzi o bieganie. Ku naszemu zaskoczeniu, start jednak zaczął się opóźniać. Przez 15 minut zawodnicy nie za bardzo wiedzieli czym to jest spowodowane. Dopiero po tym czasie przybył organizator i poinformował, że w jedna z uczestniczek poprzednich biegów bardzo źle się poczuła i musiała zostać odwieziona do szpitala. W związku z tym zabrakło karetki, która mogłaby asekurować zawodników podczas biegu na 10 kilometrów. Nie było wyjścia. Trzeba było poczekać na następną karetkę. Ta na szczęście przyjechała dość sprawnie i około 14:00 bieg wystartował. Na starcie stanęło 63 zawodników. Liczba niewielka, ale uwzględniając straszny upał i miejsce rozgrywania tej imprezy biegowej i tak spora.

Muszę przyznać, że już od pierwszego kilometra biegło mi się fatalnie. Powietrze stało i nie było czym oddychać. Na szczęście organizatorzy stanęli na wysokości zadania i praktycznie co 1,5 kilometra znajdowały się stanowiska z wodą, której było naprawdę sporo. Każdy mógł się spokojnie orzeźwić. Ja podczas całego biegu zużyłem aż 21 plastikowych kubeczków z wodą. To obrazuje jak ciężko biegło się tego dnia w Goworowie. Trasa była naprawdę sympatyczna. Należało przebiec jedno 10 kilometrowe okrążenie przebiegające przez różne wioski znajdujące się wokół Goworowa. Zainteresowanie mieszkańców było naprawdę spore i mimo tego, że nie biegliśmy przez licznie zamieszkane tereny, co pewien czas zdarzali się jacyś kibice. Kiedy po 10 kilometrach przekroczyłem linię mety odetchnąłem z ulgą, odebrałem skromny medal i ruszyłem w kierunku kubeczków z wodą, które rozstawiono przy mecie.  Wszyscy uczestnicy biegu mogli także skosztować pysznych wypieków własnej roboty przygotowanych przez mieszkanki Goworowa.

Reasumując, ten bieg, ze względu na pogodę, okazał się prawdziwym koszmarem. Gdyby nie ta ilość wody, byłoby naprawdę strasznie. Mimo tego, że było jej naprawdę sporo i tak jedna osoba wycofała się na 3 kilometrze biegu i resztę dystansu przejechała w karetce, która podążała za ostatnimi biegaczami. Powiedzmy sobie szczerze. Bieganie w tych warunkach było szaleństwem. Startując w taką pogodę nigdy nie mogę się nadziwić, jak wytrzymały i odporny jest organizm ludzki. Przed startem męczyło mnie już samo chodzenie, a potem okazało się, że jestem w stanie przebiec tego dnia nawet 10 kilometrów. Muszę przyznać że impreza w Goworowie stała naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Patrząc na to, że udział w niej był całkowicie darmowy, trzeba pochwalić organizatorów, że przy dość skromnych środkach zorganizowali naprawdę świetny bieg. Jeżeli szukacie jakiejś sympatycznej imprezy biegowej na początek lipca, gorąco polecam wam bieg w Goworowie. Jeżeli w przyszłym roku, organizatorzy utrzymają ten poziom co w tym roku, na pewno się nie zawiedziecie.

17:47, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 lipca 2014

22 czerwca postanowiłem wystartować w biegu na 10 kilometrów w ramach imprezy InterRun Kraków. Przyznam szczerze, że udział w tych zawodach był zupełnie spontaniczną decyzją. Jako, że w tym okresie byłem w Zakopcu, żeby trochę połazić po górach, stwierdziłem, że jest całkiem fajna okazja, żeby zahaczyć w okolicy o jakiś bieg. Tak się akurat złożyło, że najciekawszą imprezą wydawał się być bieg InterRun organizowany w Krakowie. Termin pasował mi idealnie, bo i tak tego dnia wracałem z Zakopanego, a sam opis biegu wskazywał, że może to być całkiem sympatyczna impreza.

Do Krakowa dotarłem trochę na wariata. Był to okres powrotów z długiego weekendu, ale na szczęście udało mi się jeszcze zdążyć przed korkami. Jednak pierwszym wyzwaniem okazało się znalezienie jakiegokolwiek wolnego miejsca do parkowania w okolicy krakowskiego Rynku. Po kilkunastu minutach krążenia po różnych uliczkach powoli traciłem nadzieję, ale na szczęście udało się znaleźć jakąś małą dziurę, gdzie można było zostawić auto. Mój zegarek wskazywał godzinę 11:30. Do startu biegu pozostało już tylko 30 minut. Na szczęście pakiet startowy odebrałem parę dni wcześniej, kiedy akurat byłem w Krakowie, dlatego byłem już w pełni ubrany i przygotowany do biegu. Myślę, że jest to dobry moment, żeby powiedzieć coś o samym pakiecie startowym. W pakiecie znalazł się tradycyjnie numer startowy z wbudowanym chipem i agrafki, a dodatkowo bardzo fajna koszulka techniczna (jeżeli wierzyć cenie na opakowaniu o wartości około 20 euro), jakiś izotonik w proszku oraz balsam do bielizny sportowej (prawdę mówiąc nie mam pojęcia co to jest). Jednym z mankamentów biegu był obowiązek startu w koszulce dostarczonej przez organizatora. Na szczęście koszulka była super jakości, a rozmiarówka dość szeroka, dlatego nie było to jakimś dużym obciążeniem. Co prawda przyzwyczaiłem się już do startów w mojej klubowej koszulce, ale raz można się poświęcić :)

Kiedy dotarłem na rynek do startu biegu pozostało 15 minut. Moim oczom ukazała się olbrzymia kolejka do toalet. Było widać, że część biegaczy na pewno nie wyrobi się do 12:00. Kawałek dalej można było zobaczyć troche mniejszą kolejkę do depozytów. Oddawanie rzeczy do depozytów, także nie było zorganizowane najlepiej. Niby podzielono kolejki według numerów, jednak tak naprawdę większość biegaczy nie wiedziała, w której kolejce stanąć, ponieważ kartki z podziałami znajdowały się na stolikach, przy samym początku kolejki i nie były zupełnie widoczne z daleka. W związku z tym wielu biegaczy stało w złych kolejkach, a wolontariusze musieli później i tak obsługiwać nie swoje sektory, żeby nie pomieszać rzeczy. Jednym słowem oddawanie rzeczy do depozytu nie odbywało się tak płynnie jak powinno.

Około 11:55 udało mi się w końcu oddać moje rzeczy i ruszyłem w kierunku startu. Pogoda była całkiem niezła do biegania. Było dość duże zachmurzenie, a temperatura nie była szczególnie uciążliwa. Przed biegiem otrzymałem informację, że biegacze zostaną podzieleni na strefy startowe według numerów i strefy te będą puszczane w małych odstępach, tak aby biegacze nie tłoczyli się w początkowej fazie biegu.  Jednak nie dojrzałem żadnego takiego podziału i skończyło się na tym, że każdy ustawiał się tam gdzie chciał. Punktualnie o 12:00 bieg wystartował. Zawodnicy mieli do wyboru dwa dystanse - 5 lub 10 kilometrów. Ja wybrałem oczywiście mój ulubiony dystans, czyli 10 kilometrów. Prawdę mówiąc, nie wiem jak było z tym startowaniem poszczególnych stref w małych odstępach, bo miałem wrażenie, że wszyscy biegacze wystartowali jednocześnie. Dla mnie nie było to problemem, ale troszkę nie rozumiem, po co organizatorzy zapowiadają takie rozwiązania, skoro później i tak ich nie stosują.

Fakt faktem, tuż po wybiegnięciu z rynku zrobiło się tak tłoczno, że w jednym miejscu musiałem się na chwilkę zatrzymać i poczekać, żeby wbiec w jakąś węższą uliczkę. Dalej obyło się już jednak bez większych problemów. Trasa biegła przez zacienione Planty, aby później skręcić na Bulwary Wiślane. Tuż przed tym skrętem doszło do rozdzielenia trasy na 5 i 10 kilometrów. Ci co biegli na 5 ruszyli od razu z powrotem w stronę rynku, a ci co na 10 zbiegli na Bulwary Wiślane. Bieg bulwarami okazał się jednak sporym wyzwaniem. Zza chmur wyłoniło się słońce i zrobiło się naprawdę ciepło, a do tego było dość bezwietrznie. Nienawidzę takiej pogody. Jednak na szczęście na 5 kilometrze znalazł się jakiś punkt z wodą, dlatego udało mi się trochę ochłodzić. Po przebyciu bulwarów trasa dalej prowadziła uliczkami w stronę Rynku Głównego. Pod koniec znowu przebiegała przez Planty, z których skręcała w stronę samego Rynku. Po przekroczeniu linii mety wszyscy biegacze otrzymali medal, wodę mineralną i pysznego, świeżego precla.

W obydwu biegach wystartowało ponad 2300 biegaczy. Poza tym zorganizowano jeszcze różne biegi towarzyszące i organizator stwierdził na swojej stronie, że 22 czerwca w Krakowie pobiegło 4,5 tysiąca amatorów biegania. Całkiem nieźle. Ja osobiście, mam dość mieszane uczucia po tym biegu. Z jednej strony organizacja całego zaplecza okazała się niewystarczająca jak na tak dużą liczbę uczestników, z drugiej jednak strony sama trasa biegu była naprawdę bardzo sympatyczna, a finisz na krakowskim Rynku to naprawdę bardzo fajne przeżycie.

19:21, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 lipca 2014

15 czerwca odbyła się piąta edycja biegu Avon Kontra Przemoc, który co roku rozgrywany jest w Garwolinie. Muszę przyznać, że zawsze miałem duży problem, aby wybrać się na ten bieg. W tym okresie w województwie mazowieckim organizowane jest parę naprawdę ciekawych imprez biegowych i tak się składa, że do Garwolina mam najdalej, dlatego wybierałem zwykle jakieś biegi odbywające się bliżej mojego miejsca zamieszkania. W zeszłym roku co prawda zapisałem się na ten bieg, ale niestety choroba uniemożliwiła mi start. W tym roku jednak wszystko się udało i Pędzące Żółwie zjawiły się w Garwolinie w dwuosobowym składzie.

Do Garwolina dotarliśmy na godzinę przed rozpoczęciem biegu, bez problemu znaleźliśmy miejsce do parkowania pod basenem miejskim i szybko ruszyliśmy, aby odebrać nasze pakiety startowe. A pakiety były naprawdę bardzo fajne. W każdym z nich znalazł się tradycyjnie numer startowy z  wbudowanym chipem i agrafki, a poza tym fajna techniczna koszulka, talon na posiłek, dezodorant, płyn do kąpieli, baton musli oraz bransoletka Avon Kontra Przemoc. Dodatkowo, wszyscy uczestnicy biegu mogli całkowicie za darmo skorzystać ze znajdującego się w pobliżu kompleksu basenowego. Wystarczyło jedynie okazać w kasie numer startowy. Super sprawa. Warto także dodać, że część opłaty startowej na ten bieg zostało przeznaczone na wsparcie kampanii społecznej organizowanej przez Avon przeciwko przemocy wobec kobiet.

Po odebraniu i dokładnym przeanalizowaniu pakietów postanowiliśmy lekko się rozgrzać. Jednak tym razem nie wykonaliśmy naszej tradycyjnej przedbiegowej rozgrzewki, a skorzystaliśmy ze znajdujących się w pobliskim parku urządzeń do ćwiczeń. Po takiej intensywnej rozgrzewce, pełni werwy i zapału udaliśmy się na start biegu. Pogoda, jak na połowę czerwca była naprawdę super. Było dość chłodno, a słoneczko delikatnie przebijało się między chmurami. Jednym słowem, warunki do biegania były idealne.

Bieg na 10 kilometrów, w którym startowaliśmy rozpoczął się o 12:00. I tutaj ciekawostka. Jest to chyba jedna z niewielu, jeżeli nie jedyna w Polsce, impreza biegowa na dystanie 10 kilometrów, w której biegaczom towarzyszą pacemakerzy. Przekrój czasowy był naprawdę zadowalający. Najszybszy prowadził grupę na 40 minut, a najwolniejszy na 65 minut. Ja postanowiłem przykleić się do sympatycznej biegaczki prowadzącej grupę na 60 minut. Niestety jako, że wystartowałem pod koniec stawki, musiałem się trochę namęczyć, żeby dogonić grupę, co spowodowało, że mocno cierpiałem na początkowych podbiegach. Apropo podbiegów, warto powiedzieć też coś o samej trasie. Muszę przyznać, że nie była ona jakaś nadzwyczajna, jeśli chodzi o widoki i otoczenie, jednak znajdowało się na niej parę mocnych i długich podbiegów, które potrafiły dać w kość. Na szczęście towarzyszyły im także zbiegi, więc można było na nich szybko zregenerować siły. Po drodze znalazło się jedno stanowisko z wodą, a także dwa miejsca, gdzie strażacy oblewali zgrzanych biegaczy. Bieg ten okazał się dla mnie sporym wyzwaniem i kiedy przekroczyłem linię mety z czasem poniżej godziny, byłem naprawdę wykończony. Gdyby nie pacemaker, na pewno nie osiągnąłbym takiego czasu.

Po przekroczeniu linii mety każdy z biegaczy dostał wodę lub napój izotoniczny. Bieg na 10 kilometrów ukończyło 588 biegaczy. Mimo sporej grupy mocnych biegaczy z Ukrainy i Białorusi, w biegu zwyciężył Polak, Artur Kern z Lublina, który pokonał tą dość wymagającą trasę w czasie 30 minut 56 sekund. Całkiem nieźle.

Jednak to nie koniec atrakcji. Jak już wcześniej wspominałem, po biegu można było skorzystać z nowoczesnego basenu miejskiego. Było to naprawdę bardzo fajne urozmaicenie po tak dużym wysiłku, tym bardziej, że w kompleksie basenowym znalazło się parę sympatyczych masaży i jacuzzi. Super sprawa.

Reasumując, muszę otwarcie przyznać, że była to jedna z najfajniejszych imprez biegowych w jakiej przyszło mi uczestniczyć. Super pakiet startowy, pacemakerzy w biegu na 10 kilometrów, czy darmowe wejście na basen po zakończonym biegu, to rzeczy, które rzadko można spotkać w konkurencyjnych imprezach biegowych. Poza tym uczestnicząc w tym biegu biegacze wspierają bardzo pozytywną kampanię społeczną przeciwko przemocy wobec kobiet Nie dość, że człowiek może miło spędzić czas, to jeszcze wspiera przy tym bardzo pożyteczną akcję. Cieszę się, że w końcu udało nam się wystartować w tym słynnym garwolińskim biegu. Teraz z niecierpliwością będziemy czekać na przyszłoroczną edycję tej imprezy.

17:43, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 czerwca 2014

8 czerwca Pędzące Żółwie wystartowały w szóstej edycji biegu Legionowska Dycha odbywającego się w podwarszawskiej miejscowości Legionowo. Nie ukrywam, że start w tej imprezie biegowej planowałem już w zeszłym roku. Jednak limit uczestników wyczerpał się wtedy bardzo szybko i nie dałem rady się zapisać. Tym razem byłem jednak bardziej czujny.

Start biegu został przewidziany na godzinę 10:00, dlatego około godziny 9:00 przyjechaliśmy w okolice nowoczesnej hali sportowej Arena Legionowo, wokół której zorganizowano całe zaplecze biegu. Wybór miejsca okazał się bardzo trafny. Arena dysponuje sporym parkingiem, dzięki czemu wszyscy zmotoryzowani nie mieli dużych problemów ze znalezieniem miejsc do parkowania. W samym budynku zorganizowano zaś biuro zawodów. Odbiór pakietów odbywał się bardzo sprawnie, jednak już ich skład pozostawiał wiele do życzenia. No bo jednak numer startowy zintegrowany z chipem, agrafki, talon na posiłek czy koszulka, która w moim przypadku była zdecydowanie za mała, bo już nie było odpowiedniego rozmiaru to trochę mało jak na bieg, w którym opłata startowa wynosiła 50zł w wypadku rejestracji elektronicznej lub 100zł w przypadku rejestracji w biurze zawodów. Biegacze nie otrzymali przed startem nawet żadnego napoju lub wody. Niby zorganizowano jakiś namiot, w którym miejscowe wodociągi udostępniały wodę, ale ja wolałbym jednak coś bardziej pewnego :)

Na dodatek 8 czerwca nie był szczególnie łaskawy dla zawodników jeśli chodzi o pogodę. Brak chmur i temperaturę w granicach 30*C nie można nazwać wymarzonymi warunkami do biegania. Jednak mimo tego, na starcie biegu stanęło około 500 osób. Punktualnie o 10:00 wszyscy ruszyli na trasę Legionowskiej Dychy. Trasa ta składała się z dwóch pięciokilometrowych okrążeń po lokalnych uliczkach miasta. Nie była ona szczególnie wymagająca i tak naprawdę przy odpowiedniej pogodzie spokojnie można było pokusić się na niej o życiówkę.

Póki co wypowiadałem się o tym biegu dość negatywnie, jednak jeśli chodzi o przygotowanie trasy muszę przyznać, że należą się duże brawa dla organizatorów i przede wszystkim dla lokalnych mieszkańców. Na trasie znajdowało się parę punktów z wodą pitną, jak również rozstawiono specjalne sikawki ochładzające wykończonych biegaczy. Jednak także lokalni mieszkańcy starali się jakoś pomóc zawodnikom Jedni zorganizowali na przykład punkt z wodą, inni zaś wyjęli szlauchy, którymi oblewali zgrzanych biegaczy. Piękna sprawa.

Bieg ukończyłem w dość zadowalającym, jak na te warunki czasie, jednak nie ukrywam, że byłem trochę zawiedziony kiedy na mecie nie dostałem żadnej butelki izotonika, albo chociaż wody mineralnej. Tak wiem, mogłem skorzystać z namiotu lokalnych wodociągów, który rozdawał wodę, ale organizatorzy mogli przynajmniej rozstawić jakieś kubeczki z wodą tuż za metą, żeby od razu można było trochę się orzeźwić. Jednak sam medal był bardzo ładny i niezwykle oryginalny. Po biegu przygotowano także dla biegaczy jakieś spaghetti. Niestety nie miałem przyjemności go spróbować, ponieważ upał tak dał mi się we znaki, że nawet nie chciało mi się jeść.

Bieg mimo upału ukończyło 489 biegaczy. Wśród nich także wykończone Pędzące Żółwie. Muszę stwierdzić, że po tym biegu mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony pod względem sportowym bieg zorganizowano bardzo dobrze i biegacze nie mieli tutaj powodów do narzekań. Z drugiej jednak strony jak na tak wysoką opłatę startową byłem bardzo mocno zawiedziony skromnym pakietem startowym, szczególnie w porównaniu do konkurencyjnych imprez, które często za mniejsze pieniądze oferują biegaczom dużo więcej. Nad tym elementem organizatorzy powinni moim zdaniem trochę popracować, ponieważ na tle konkurencji wypadają bardzo słabo.

15:05, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 czerwca 2014

1 czerwca, w Dzień Dziecka w Mińsku Mazowieckim przygotowano bardzo wiele atrakcji dla wszystkich miłośników biegania. Zorganizowano masę biegów dla dzieci, krótkodystansowy bieg Krawaciarza, w którym wystąpiły znane osobistości z Mińska Mazowieckiego, bieg na 10 kilometrów, w którym wystąpił nawet jeden biegacz z Kenii oraz odbywający się już tradycyjnie od wielu lat, bieg na 15 kilometrów. Pędzące Żółwie zmierzyły się tym razem z tym najdłuższym dystansem.

1 czerwca okazał się dość łaskawy dla biegaczy. Temperatura powietrza była znośna, a lekki wiaterek powodował, że biegało się całkiem przyjemnie. Niestety bardzo mocno zawiodła mnie jednak organizacja tego biegu. Takim największym mankamentem był całkowity brak możliwości pozostawienia rzeczy w depozycie. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem. My akurat przyjechaliśmy samochodem, ale co z biegaczami, którzy postanowili skorzystać z innych środków transportu. Moim zdaniem, jeżeli organizuje się taką masową imprezę biegową powinna być zawsze możliwość bezpiecznego przechowania rzeczy. Trochę dziwnie zorganizowano także weryfikację zawodników i odbiór pakietów startowych. Odbywał się on dwuetapowo. Najpierw należało wypełnić jakiś specjalny formularz, w którym trzeba było podawać dane, które tak naprawdę zostały już wcześniej przekazane podczas elektronicznej rejestracji na bieg. Dopiero wtedy zawodnicy dostawali pakiet startowy, w którym znalazł się numer, 3 agrafki (bo 4 to już za dużo), talon na posiłek, bardzo ładna koszulka i chyba najfajniejsza rzecz w tym zestawie, 1,5 litrowa butelka wody gazowanej. Swoją drogą ciekawe co mieli z nią zrobić biegacze, którzy nie mieli gdzie zostawić swoich rzeczy. Jednak to nie koniec niespodzianek. Okazało się, że odbiór chipów do pomiaru czasu odbywał się niezależnie i trzeba było przejść do innego stanowiska. Tam, sympatyczny pan programował chipy na podstawie numerów startowych i przekazywał odpowiednim zawodnikom. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego nie można było tego zrobić wcześniej. Biegłem już w parunastu imprezach biegowych i z takim systemem wydawania chipów spotkałem się po raz pierwszy.

Przejdźmy jednak już do samych biegów. Zawodnicy startujący na 10 kilometrów startowali parę minut przed tymi biegnącymi na 15. Bardzo rozsądne rozwiązanie, szczególnie dla biegaczy walczących w tych biegach o czołowe miejsca. Bieg na 10 i 15 kilometrów odbywał się na tej samej trasie, z tym, że na 10 kilometrów należało pokonać dwa 5 kilometrowe okrążenia, a na dłuższym 15 kilometrowym dystansie trzeba było przebiec 3 pętle. Trasa była dość płaska. Jedynie na początkowych kilometrach biegacze musieli pobiec troszkę pod górkę, jednak nachylenie terenu na tym odcinku było minimalne i nie sprawiało specjalnych trudności. Na okrążeniu zorganizowano 2 punkty, w których można było napić się wody (podobno gazowanej) oraz pobrać gąbkę nasiąkniętą wodą, którą można było się ochłodzić. Super sprawa. Za to wielkie brawa dla organizatorów. Co ciekawe całą imprezę zabezpieczało wojsko, które pilnowało, żeby na trasę nie wjeżdżały samochody i kierowało ruchem. Nie ukrywam, że bardzo mocno zaskoczył mnie poziom rywalizacji w tym biegu. Biegnąc na 15 kilometrów zajęliśmy miejsca pod koniec stawki, a wcale nie osiągnęliśmy jakiś fatalnych czasów. Dawno nie uczestniczyłem w biegu, w którym poziom wszystkich biegaczy był aż tak wysoki. Po zakończonym biegu na zawodników czekały piękne i duże medale.

Reasumując, pod względem sportowym biegi w Mińsku Mazowieckim stały na bardzo wysokim poziomie. Organizatorzy zadbali, żeby na trasie nie zabrakło wody (stanowiska z wodą znajdowały się co 2,5 kilometra) i myślę, że zawodnicy nie mogli narzekać na oprawę biegów. Jednak dużym mankamentem była bardzo słaba organizacja biura zawodów, które nie dość, że nie dawało możliwości pozostawienia rzeczy w depozycie, to na dodatek znacznie komplikowało system weryfikacji zawodników poprzez niepotrzebne wypełnianie jakiś formularzy i odbieranie chipów do pomiarów czasu z oddzielnego stanowiska. Na szczęście dość kameralny charakter biegów (w obu wystartowało łącznie 407 zawodników) spowodował, że odbiór pakietów startowych odbył się bez większych kolejek i komplikacji, dlatego myślę, że mimo tych paru mankamentów większość biegaczy wróciło z tej imprezy w dobrych nastrojach. My na przykład, jesteśmy bardzo zadowoleni.

18:56, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 czerwca 2014

24 maja odbyła się druga edycja biegu Podkowiańska Dycha. Impreza ta rozegrana została w Podkowie Leśnej, bardzo ładnie usytuowanej podwarszawskiej miejscowości. Głównym jej punktem był bieg na 10 kilometrów. Pędzące Żółwie po dość pozytywnych recenzjach odnośnie pierwszej edycji biegu postanowiły spróbować swoich sił w tym roku.

Sobota 24 maja nie była zbyt łaskawa, dla biegaczy. Temperatura w granicach 30 stopni Celsjusza, bardzo niewielki wiatr i całkowity brak chmur spowodowały, że szykowało się naprawdę hardcorowe bieganie. Do Podkowy Leśnej przybyliśmy z założeniem, że bieg ten  przebiegniemy bardzo spokojnie. Nienawidzimy biegać w takim upale i jeśli mam być szczery, gdyby nie te zawody z pewnością odpuściłbym przy takich warunkach jakiekolwiek bieganie. Jednak szkoda nam było rezygnować z tego biegu i postanowiliśmy spróbować swoich sił w tych ekstremalnych warunkach.

Do Podkowy Leśnej dotarliśmy na godzinę przed rozpoczęciem biegu. Bez problemu zaparkowaliśmy auto w okolicy biura zawodów, które znajdowało się w jakiejś szkole usytuowanej 200 metrów od startu biegu. Zaplecze było dość zadowalające. Na sali gimnastycznej można było odebrać pakiety startowe oraz zostawić rzeczy w depozycie. Poza salą gimnastyczną zorganizowano zaś niewielkie szatnie, w których znajdowały się także prysznice i umywalki. Całkiem nieźle.

Przejdźmy jednak do samego pakietu startowego. Muszę przyznać, że bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ilość napojów, które się w nim znalazły. Oprócz 0,5 litrowej butelki jakiegoś izotonika w zestawie znalazł się także mały dietetyczny napój energetyczny. Dodatkowo w pakiecie znalazła się pamiątkowa koszulka, chip do pomiaru czasu mocowany do buta, numer startowy, jakiś baton proteinowy oraz masa materiałów reklamowych od sponsorów. Plusem była wielkość toreb, w których rozdawano pakiety. Dzięki temu można było do nich spokojnie zmieścić rzeczy, które zostawiano w depozycie.

Jak to zwykle bywa na takich lokalnych imprezach, biegowi głównemu towarzyszyło masę biegów towarzyszących. Poza biegiem na 10 kilometrów zorganizowano także zawody na krótszych dystansach dla dzieci oraz bieg na 2,5 kilometra dla wszystkich, którzy nie czuli się na siłach, żeby zmierzyć się z dystansem 10 kilometrów. W okolicach startu znajdowały się także bardzo interesujące stoiska wystawowe. Można było między innymi zobaczyć najnowszy model elektrycznego BMW czy zapoznać się z obecną kolekcją firmy New Balance. Jak na taką niewielką imprezę ilość wystawców była całkiem spora i każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Przejdźmy jednak do samego biegu. Mimo strasznego upału, na starcie biegu głównego stanęło ponad 500 biegaczy. Bieg wystartował o godzinie 11:00. Na zawodników czekała jedna 10 kilometrowa pętla po sympatycznych lokalnych uliczkach Podkowy Leśnej, w tym około 2 kilometry biegu przez las. Trasa była dość płaska, jednak w lesie warunki do biegania nie były najlepsze. Mimo tego, że początkowo ścieżka leśna po której odbywał się bieg była dość szeroka, znajdowały się na niej spore kałuże, które dość ciężko było ominąć, szczególnie w dużym tłoku. Dalsza część trasy po lesie wcale nie była lepsza. Może nie było już na niej kałuż, ale była dość wąska i pofałdowana. Jednak trzeba pochwalić organizatorów za ilość stanowisk z wodą na trasie. Według regulaminu biegu na trasie miało znajdować się jedno stanowisko z wodą po 7,5 kilometrach od startu. Jednak w związku z ekstremalnymi warunkami panującymi tego dnia, zorganizowano jeszcze jeden dodatkowy punkt z wodą. Pozytywnym zaskoczeniem była także inicjatywa niektórych mieszkańców Podkowy Leśnej. Między 8, a 9 kilometrem, na trasie rozstawiła się jakaś sympatyczna pani, która ochładzała biegaczy wodą ze szlauchu. Mała rzecz, a cieszy. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to największym problemem okazały się numery startowe. Były one wykonane z papieru, który pod wpływem wody momentalnie się rozmiękczał i w związku z tym, ja na przykład musiałem kończyć bieg z numerem w ręku. Była to o tyle nieciekawa sytuacja, że odbiór rzeczy z depozytu odbywał się właśnie na podstawie numerów startowych. Ciekawe co by było gdybym ten numer zgubił gdzieś po drodze.

Kiedy przekroczyłem linię mety, byłem naprawdę bardzo zadowolony, że ten bieg już się skończył. Czas miałem tragiczny, ale jednak byłem dość usatysfakcjonowany, że mimo piekielnego upału udało mi się pokonać cały dystans biegnąc. Jakaż była moja radość, kiedy poza bardzo ładnym medalem wręczano biegaczom także półlitrową butelkę wody mineralnej. Jedno trzeba organizatorom przyznać. Robili co w ich mocy, żeby ułatwić zawodnikom przetrwanie tych ekstremalnych warunków. Warto także podkreślić, że bieg ten ukończyło 535 biegaczy i tak naprawdę wszyscy, niezależnie od uzyskanych wyników, zasługują na ogromne uznanie za to, że zmierzyli się z tą trasą w tak ciężkich warunkach. Przy tej pogodzie nie dało się nawet spokojnie spacerować, a co dopiero biegać.

Reasumując, II Podkowiańska Dycha jest z pewnością biegiem, który jeszcze na długo zapamiętamy, przede wszystkim ze względu na ekstremalne warunki atmosferyczne panujące podczas biegu. Jednak sama trasa i bardzo dobra organizacja imprezy spowodowały, że na pewno chętnie zmierzyłbym się z tą trasą jeszcze raz. Mam jednak nadzieję, że tym razem przy pogodzie sprzyjającej uprawianiu biegania.

16:00, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 maja 2014

11 maja 2014 roku odbyła się pierwsza edycja Biegu Pamięci Żołnierzy Grupy Kampinos AK. Bieg został zorganizowany przez podwarszawską gminę Leszno i całe wydarzenie było promowane jako impreza biegowo-historyczna "Cross z historią w tle". Jednym z głównych celów tego biegu było upamiętnienie bohaterstwa Żołnierzy Grupy Kampinos AK walczących na terenie Puszczy Kampinoskiej. Stąd też cała trasa biegu miała przebiegać ścieżkami Kampinoskiego Parku Narodowego.

Nie ukrywam, że kiedy usłyszałem o tej imprezie stwierdziłem, że Pędzące Żółwie powinny się na niej pojawić. Bardzo lubimy biegać po lasach, a organizator zapowiedział, że trasa będzie przebiegać przez Puszczę Kampinoską, dlatego czym prędzej zapisaliśmy się na ten bieg. Bieg ten miał mieć charakter dość kameralny. Limit uczestników biegu głównego ustalono na 200 osób. Organizator zagwarantował także wyjątkowo długi limit czasu jak na bieg na 10 kilometrów - aż 2 godziny.

Jak można się było spodziewać limit zgłoszeń wyczerpał się bardzo szybko. Ciekawa forma imprezy oraz nietypowa jak na podwarszawskie biegi trasa zachęciły wielu biegaczy. Jednak nie ukrywam, że na bieg ten czekaliśmy z pewnym niepokojem. Była to przecież dopiero pierwsza edycja tej imprezy i zupełnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Na dodatek organizator do końca trzymał nas w niepewności co do tego jak będzie wyglądała finalna trasa biegu na 10 kilometrów. Parę dni przed rozpoczęciem imprezy została ona zmieniona ze względu na zalanie niektórych ścieżek. Trochę obawiałem się o stan tej trasy w dniu biegu, ale na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne.

Zacznijmy jednak od początku. Do Leszna dojechaliśmy godzinę przed rozpoczęciem biegu. Auto zostawiliśmy na jednym z parkingów zasugerowanych przez organizatorów i udaliśmy się do biura zawodów usytuowanego w Gościńcu Julinek w samym centrum Puszczy Kampinoskiej. No może trochę przesadziłem. W każdym razie gościniec znajdował się już w lesie :). Po dotarciu na miejsce poczuliśmy wszechobecny zapach grilla. Widać było, że impreza rozkręciła się już na całego. Czym prędzej ruszyliśmy odebrać pakiety startowe. Mimo tego, że przestrzeń na wydawanie pakietów była dość ograniczona, wydawano je sprawnie z kilku stanowisk dzięki czemu nie było raczej dużych kolejek. W pakiecie znalazły się numer z załączonym chipem, okolicznościowa koszulka, masa ulotek i olbrzymi worek na depozyt. Tak dużego nie dostałem jeszcze na żadnej imprezie biegowej. Bardzo nietypowo rozwiązano kwestię szatni dla biegaczy. Postawiono jeden dość mały namiot, w którym ustawiono drewniane ławy. Z tego co widziałem, szatnia była chyba koedukacyjna, co może niespecjalnie przeszkadzało panom, ale panie mogły mieć pewne opory. Na szczęście na terenie gościńca znalazły się też tradycyjne toalety, więc pewnie tam też można się było spokojnie przebrać.

Przed rozpoczęciem biegu głównego swoich sił na krótszych dystansach mogły spróbować także dzieci, które podzielono na różne kategorie wiekowe, dzięki czemu rywalizacja była dość sprawiedliwa i sądząc po wrzaskach towarzyszących tym biegom chyba także niezwykle zacięta. Po zakończeniu dekoracji dzieci, do rozegrana pozostał już tylko jeden bieg - bieg główny na 10 kilometrów. Pogoda do biegania była idealna. Było chłodno i pochmurno, a na dodatek wszystko wskazywało na to, że za chwilę spadnie jakiś lekki deszczyk.

Bieg wystartował o godzinie 11:30. Na początku trasa była dość wąska, więc przez pierwsze kilkaset metrów zawodnicy mocno przepychali się, żeby przebić się do przodu. Na szczęście wszystko obyło się bez żadnych ekscesów. Jeżeli miałbym krótko scharakteryzować tę trasę to powiem krótko. Była niezwykle urozmaicona Prawie cały czas przebiegała przez tereny leśne, cechowało ją duże pofałdowanie terenu i różnorodna nawierzchnia. Na pewno nie była ona najłatwiejsza, ale wbrew moim wcześniejszym obawom bardzo dobrze przygotowana. Trasa była świetnie oznaczona, nie było na niej dużych kałuż czy błota, a bieg odbywał się po dość suchej nawierzchni. Prawdę mówiąc myślałem, że pobrudzimy się trochę bardziej.

Bieg ukończyło 171 biegaczy. Nareszcie można było spróbować te smaczne potrawy, których zapach cały czas towarzyszył zawodnikom przed rozpoczęciem biegu. Jednak o ile część sportowa imprezy powoli dobiegała ku końcowi, to od 12:30 planowano rozpoczęcie części artystycznej. Niestety nie mogliśmy już na niej zostać, dlatego nie mieliśmy przyjemności w niej uczestniczyć. Jednak przygotowano wiele naprawdę wspaniałych atrakcji, wśród, których znalazły się między innymi pokazy broni, wystawa historyczna, prezentacje multimedialne, wystawa prac malarstwa Tadeusza Budzyńskiego, żołnierza AK, prezentacja wierszy por. Leszka Mroczkowskiego, Uroczysty Apel pod flagą biało-czerwoną, prezentacja pieśni i utworów literackich, tańców ludowych z okresu, a także inscenizacja historyczna Walk Żołnierzy Grupy Kampinos AK z wojskiem niemieckim zorganizowana przez Fundację Niepodległa Rzeczpospolita Kampinoska.

Reasumując, Bieg Pamięci Żołnierzy Grupy Kampinos AK w Lesznie koło Warszawy to z pewnością impreza godna polecenia. Bardzo ciekawa trasa, dobra organizacja imprezy, a także jej niezwykłe tło historyczne i masa dodatkowych atrakcji spowodowały, że imprezę tę na pewno jeszcze długo będziemy pamiętać i można mieć tylko nadzieję, że zagości ona w kalendarzu biegowym także w przyszłym roku. Gdyby tak było, ja chętnie wystartuję w niej ponownie.

17:43, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 maja 2014

Run Toruń to jedna z najważniejszych imprez biegowych odbywających się od paru lat w Toruniu. W zawodach tych miałem przyjemność brać udział już w zeszłym roku i przywiozłem z nich bardzo miłe wspomnienia, dlatego w tym roku namówiłem pozostałe Pędzące Żółwie na wyjazd do Torunia i start w tegorocznym biegu. Niestety muszę z przykrością stwierdzić, że w przeciwieństwie do poprzedniej edycji biegu tym razem nie obyło się bez paru sporych wpadek organizatorów. Zacznijmy jednak od początku.

Run Toruń jest imprezą dość specyficzną, ponieważ start i meta biegu znajdują się w dwóch zupełnie innych miejscach. Podobnie jak w zeszłym roku, bieg rozpoczynał się w okolicy centrum handlowo-rozrywkowego Toruń Plaza. Było to bardzo wygodne rozwiązanie dla wszystkich biegaczy, którzy przybyli na bieg samochodem, ponieważ w okolicach obiektu znajduje się sporo miejsc parkingowych. Meta biegu znajdowała się zaś w samym centrum Starego Miasta. Po zakończeniu biegu, wszyscy uczestnicy, którzy chcieli wrócić w okolice centrum handlowego mogli skorzystać z transportu zapewnionego przez organizatora. My jednak zaparkowaliśmy w tym roku auto na Starym Mieście i na start udaliśmy się tramwajem, więc nie za bardzo wiemy jak ten transport wyglądał w praktyce.

Samo biuro zawodów znajdowało się wewnątrz centrum handlowego. Niby wygodne rozwiązanie, bo nie trzeba było marznąć na zewnątrz, a w tym roku było naprawdę zimno, jednak miejsce, które wybrano na rozstawienie całego zaplecza było troszkę ciasne. Odbiór pakietów możliwy był przy paru stanowiskach podzielonych według numerów startowych. Pakiety można było również odbierać dzień wcześniej. Wszystko odbywało się dość sprawnie, a kolejki były niewielkie.

Na szczególną uwagę zasługuje pakiet startowy biegu. Pamiętam, że w zeszłym roku byłem naprawdę mocno zaskoczony jego wielkością i składem, dlatego byłem bardzo ciekawy co organizatorzy przygotują dla biegaczy w tym roku. W pakiecie znalazł się  numer startowy oraz chip do pomiaru czasu, napój izotoniczny, płatki kukurydziane, mapa rowerowa, masa gadżetów od sponsorów biegu i spory worek na depozyt. Całkiem nieźle.

Fakt, że biuro zawodów znalazło się w centrum handlowym spowodowało, że nie można było znaleźć żadnych szatni, dlatego korzystano z toalet w samym Toruń Plaza. W praktyce spowodowało to, że wielu biegaczy wykorzystywało kabiny w toaletach jako przebieralnie, blokując je tym, którzy chcieliby skorzystać w nich w innym celu. Myślę, że w przyszłym roku organizatorzy powinni pomyśleć nad jakimś innym rozwiązaniem, jeśli chodzi o szatnie i toalety w okolicach startu biegu. Być może, rozsądnym rozwiązaniem byłoby rozstawienie jakiś dodatkowych namiotów w okolicach startu, które można by było wykorzystać jako szatnie.

W związku z biegiem Run Toruń organizatorzy zapewnili także parę dodatkowych atrakcji. Dzień wcześniej uczestnicy biegu mogli skorzystać z możliwości zwiedzenia Stare Miasta z przewodnikiem, a wieczorem zorganizowano imprezę sportowo-rozrywkową z wieloma nagrodami. Nie było nam niestety dane w niej uczestniczyć.  W dniu biegu między 9:00 a 10:30 zorganizowano zaś spotkanie ze słynną polską pływaczką, Otylią Jędrzejczak.

Wróćmy jednak do samego biegu. Około godziny 10:40 udaliśmy się w kierunku startu. Pogoda do biegania była świetna. Duże zachmurzenie i niska jak na maj temperatura była świetną informacją dla biegaczy, którzy planowali tego dnia osiągnąć jakiś dobry wynik. W okolicy startu znajdowała się ciężarówka, która została wykorzystana jako depozyty. Wszyscy biegacze, którzy oddali do niej swojej rzeczy, mogli je później odebrać już w okolicach mety na Starym Mieście. Przed samym biegiem zorganizowano rozgrzewkę dla biegaczy i wszyscy powoli zaczęli się ustawiać w okolicach startu. Z takich fajnych i ciekawych akcentów, każdy uczestnik biegu mógł wziąć sobie balon wypełniony helem, na którym mógł napisać swój planowany czas biegu. Tuż przed strzałem startera wszystkie balony zostały puszczone w górę. Efekt był całkiem fajny.

Punktualnie o godzinie 11:00, bieg wystartował. Na starcie stanęło prawie 1300-u biegaczy. Trasa Run Toruń jest naprawdę niezwykła. Prowadzi ona przez najważniejsze miejsca w Toruniu, w tym także przez słynną MotoArenę, jeden z największych i najpiękniejszych stadionów żużlowych na świecie. Biegacze po raz kolejny mogli przebiec po torze, którym na co dzień jeżdżą żużlowcy. Bardzo fajne urozmaicenie. Na dodatek w tym roku atmosfera na stadionie była wyjątkowa, ponieważ w tym samym czasie odbywały się na nim jakieś zawody rowerowe. Jednak sam dobieg do stadionu pozostawiał wiele do życzenia. Służby miejskie niedostatecznie zabezpieczyły trasę biegu i biegacze musieli się przedzierać między samochodami, które jakimś dziwnym trafem znalazły się na trasie biegu. Troszkę dziwna sprawa i takie sytuacje na takim masowym biegu nie powinny mieć miejsca.

Za samą MotoAreną było już znacznie lepiej. Trasa prowadziła dość szeroką drogą wzdłuż Wisły, aby następnie wkroczyć na teren Starego Miasta pełnego turystów. Szczególnie ta końcówka biegu była wyjątkowa, ponieważ wzdłuż trasy było masę ludzi i atmosfera była naprawdę fajna. Super pomysłem było także zaangażowanie do dopingu dzieci z różnych toruńskich szkół. Ich doping był naprawdę bardzo głośny i motywujący. Dzięki takim elementom, atmosfera tego biegu jest naprawdę wyjątkowa. Trasa tegorocznego Run Toruń nie była szczególnie wymagająca jeśli chodzi o pofałdowanie terenu. Znajdowało się na niej parę lekkich podbiegów i zbiegów, ale raczej nie były one specjalnie uciążliwe Dużo bardziej wymagającym elementem była zaś nawierzchnia. W dużej części trasy zawodnicy biegli po dość niewygodnych i nierównych kamieniach. Szczególnie pod koniec trasy na Starym Mieście było to dość uciążliwe. Taka już jednak specyfika Torunia i tego biegu. Ideą tej trasy jest pokazanie najważniejszych miejsc w mieście i pod tym względem sprawdza się znakomicie.

Po dobiegnięciu na metę, na biegaczy czekały piękne medale, butelka wody niegazowanej oraz obfity posiłek. Największym mankamentem, który naprawdę mocno rozczarował i zdenerwował uczestników biegu, była słaba organizacja wydawania rzeczy z depozytów. Kolejka była ogromna. Na dodatek było bardzo zimno i wielu rozgrzanych biegaczy zaczęło mocno marznąć. Wydawanie rzeczy trwało straszliwie długo. My czekaliśmy w kolejce ponad 30 minut. Trochę słabo. Ciekawy jestem ilu uczestników z tego powodu obudziło się następnego dnia z przeziębieniem. Jest to o tyle denerwujące, że podobno w zeszłym roku takiego problemu w ogóle nie było. Wydawanie rzeczy było dużo lepiej zorganizowane i odbywało się sprawniej. Sam pamiętam, że nie stałem wtedy w żadnej kolejce i rzeczy odebrałem od razu. Być może organizatorów przerosła liczba uczestników. W zeszłym roku startowało 800 biegaczy, w tym roku prawie 1300.

Na szczęście po odebraniu rzeczy można było się przebrać i ogrzać w bardzo ciepłych namiotach ustawionych w pobliżu mety. Szkoda tylko, że nie rozstawiono w nich żadnych ławek lub krzeseł. Z drugiej jednak strony, dobrze że było chociaż ciepło, co po kilkudziesięciu minutowym staniu w kolejce do depozytów było miłym udogodnieniem.

Muszę przyznać, że po tej imprezie wróciliśmy z Torunia z mieszanymi uczuciami. Marznięcie i stanie w tej kolejce po rzeczy naprawdę nas dobiło. Szkoda, że organizatorzy nie ustrzegli się tak poważnej wpadki. Część biegaczy twierdziło także, że sama trasa, mimo tego, że ma atest była za długa o 200 metrów. Ciężko mi się do tego odnieść, ponieważ nie posiadam zegarka z GPS'em i nigdy nie mierzę dystansu podczas biegu. Jednak nie zmienia to faktu, że Run Toruń to bardzo ciekawa impreza biegowa, a bieganie po MotoArenie i Starym Mieście pełnym dopingujących ludzi to naprawdę niezwykłe przeżycie, które zawsze będziemy miło wspominać.

19:27, wiadp123
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2